Meksyk to po prostu kolejne miejsce, gdzie mnie jeszcze nie było. Cancún wybrałem z powodów bezpieczeństwa (w całym Meksyku jest różnie) i dlatego, że jest szansa porozumienia się po angielsku, bo po hiszpańsku jestem w stanie tylko przywitać się i zamówić piwo 🙂

Lot miałem z Warszawy, z jedną (na szczęście) przesiadką. Czyli 1:20 pierwsza część, 3 godziny czekania w Monachium i 13 godzin już do samego Cancún.

Najdłuższy lot minął całkiem szybko, chociaż trafiliśmy na bardzo silne turbulencje i wydawało się jakbym był na rodeo. Bardzo nieprzyjemne uczucie, zwłaszcza, że herbata wylała mi się na siedzenie 🙂 Ale dobrze, że sprzęt został nietknięty. Poza tym czas minął na książce, filmie, drzemaniu i jeszcze raz drzemaniu.

Wylądowaliśmy o 18:30 czasu miejscowego (w Polsce była 00:30). Jeszcze tak szybkiej kontroli granicznej nie miałem, Pani nawet słowa nie powiedziała, tylko jak w fabryce podbiła wizę i paszport. Potem dość długie czekanie na bagaż, no i w końcu kontrola celna. Pan tylko zapytał, czy mam jakiś alkohol lub papierosy i tyle. Kolejny etap był najlepszy. Stałem przed jakimś dziwnym urządzeniem z jednym przyciskiem. Jego naciśnięcie, bo ja miałem nacisnąć, dawało informacje, czy mogę przejść bez kontroli, albo będą prześwietlać mój bagaż. Parodia 🙂 Chyba musieli obserwować na kamerach, bo celnik nic nie skanował, a przycisk był najzwyklejszy na świecie. Koniec końców wcisnąłem go, zapaliła się zielona lampka. Mogę iść dalej!

Za kolejnymi drzwiami byłem już w Meksyku! Można było wymienić walutę i zamówić autobus/taksówkę do hotelu. Mając tylko dolary i nie chcąc przepłacać, wymieniłem kilka dolarów na peso. Kurs wydawał się całkiem niezły, 13,95 peso za dolara. 10 metrów dalej było stanowisko do zamawiania transportu. Podszedłem, a tam co? Można płacić w dolarach i to przeliczanym po 14 peso. Wykupiłem bilet na autobus, który miał mnie zawieźć bezpośrednio do hotelu. Wygodniej by było taksówką, ale cena była dwukrotnie większa i wynosiła 50 dolarów. Nie wiedząc co będzie dalej, wolałem przyoszczędzić. Na autobus czekałem z 30 minut. Byłem zmęczony już na maksa. Mocno wiało, ale za to temperatura rozpieszczała, spokojnie z 25 stopni na plusie.

W końcu podjechał. Pan Meksykanin podszedł, zapytał o hotel i zapakował bagaż. Podróż do hotelu trwała co najmniej 3o minut, kolejno odwiedzaliśmy hotele i wysadzaliśmy innych pasażerów. Niestety mój hotel był ostatni. Nie miałbym nic przeciwko takiej przejażdżce, ale byłem już wykończony i jedyne o czym marzyłem to prysznic i wygodne łóżko. Po drugie było ciemno i niewiele było widać, albo ja już nic nie wiedziałem.

Dotarłem! Szybki Check-In, bieg do pokojua, a tam niespodzianka! Ogromny pokój, a nawet dwa! Jadalnia i sypialnia. Pierwszy raz w życiu miałem mini kuchnię. Taką ze zlewem, pełno wymiarową lodówką i kuchenką elektryczną! Garnków i sztuców też nie zabrakło! Uśmiech od ucha do ucha! Będę mógł gotować!

Wziąłem prysznic, położyłem się do łóżka i jak nigdy, straciłem przytomność.

C.D.N.

 

Podobne posty